piątek, 29 stycznia 2016

Zosia i Filip 2016: 3/52, 4/52.

No i mamy kolejne tygodnie roku. Zbytnio nie odbiegają one krajobrazem od poprzednich. Trochę śniegu, trochę brei, trochę ślisko, trochę pada... Trzeba sobie jakoś radzić, to sobie radzimy.

3. tydzień

Nie ma co, jak nie ma co robić, to uciekamy do dziadków pod miasto. Może dla nas tam atrakcji niewiele, ale dla dzieci zawsze coś innego. A jak porządnie posypie śniegiem, to i widoki można popodziwiać. W weekend wyszło troszkę słońca więc od razu przyjemniej się zrobiło.


Fifi skrzatuch już troszkę oswoił się z zimą, choć nadal narzeka, że zimno mu w łapki, a rękawiczek nie chce założyć. Zaliczył też swoje pierwsze sankowanie. Wstyd się przyznać, ale do tej pory nie było nawet okazji wyciągnąć sanki. Do tego roku Filip widział śnieg raz, w tamtym roku, jakoś parę dni przed pojawieniem się Zosi na świecie i nie było tego śniegu na tyle dużo, żeby od razu się nim ekscytować.
Zośka natomiast to cwaniara. Ma gdzieś śniegi i mrozy, ona woli ogrzewanie podłogowe w kuchni u dziadków...

Reszta tygodnia upłynęła nam już mniej przyjemnie, bo na Fifowych badaniach, nieudanym szczepieniu Zosi i na dalszej części ząbkowania. Troszkę nam to wszystko przysporzyło zmartwień, ale tydzień zakończyliśmy Dniem Babci właśnie u babci. Faworki i orzeszki z masą wynagrodziły nam ostatnie niedogodności i poprawiły humory...

4. tydzień

Minął nam pod znakiem niejadka. 
Fifi chyba się przestraszył "kuju, kuju", bo nagle zaczyna nam jeść. Jak zaczyna jeść, to i wraca mu lepszy humor, można się z nim lepiej dogadać, jest pogodniejszy i żywszy. Ale nie można mieć przecież wszystkiego. Jak Filip zaczyna jeść, to Zosia rzuca nam spożywanie posiłków stałych. Odmawia prawie wszystkiego oprócz bułek, które z lubością podgryza i mleka, oczywiście z piersi. Aż muszę przed nią chować poduszkę do karmienia, bo ciąga ją za mną po całym mieszkaniu i jęczy.  Na szczęście pod koniec tygodnia już jedno i drugie odzyskuje apetyt, a co za tym idzie, my odzyskujemy humory, bo nie ma wspanialszego widoku, jak jedzące z apetytem dziecko (no, może prócz śpiącego dziecka) i nie ma weselszego dziecka od najedzonego (i wyspanego) dziecka...


Nie ominęła nas również przygoda z grypą żołądkową. Nie gwałtowną, nie spektakularną, ale za to upierdliwą i zdradziecką. Może i ona miała wpływ na fanaberie jedzeniowe dzieci. Przyznam szczerze, że w te najgorsze trzy dni ja też prawie nic nie jadłam więc w sumie co się dziwić dzieciom. Ale teraz to wiem, a gdy nie jadły martwiłam się strasznie...