wtorek, 13 stycznia 2015

Początkowie problemy...

Większość ludzi, gdy słyszało, że będziemy mieli drugie dziecko i że między dzieciaczkami będzie tylko 20 miesięcy różnicy, mówiło, że będzie nam ciężko. Mam wrażenie, że większość uważa do tej pory, że dziecko pojawiło się u nas przez nieuwagę, mało kto wierzy, że Zosia była równie mocno zaplanowana jak Filip. Może nawet bardziej, bo przy Filipie nie mieliśmy żadnych wątpliwości, a przy Zośce jednak bardziej analizowaliśmy sytuację.
Ale wracając do tego czy jest nam ciężko. A no minęło dopiero dwa tygodnie więc trudno powiedzieć. Jest nam dziwnie. Wszystkie możliwe uczucia kotłują mi się w głowie. Od tych najcudowniejszych, po niejednokrotnie najgorsze. Kryzys goni kryzys, a za chwilę rozpływamy się w szczęściu rodzinnym, a jeszcze za chwilę ja płaczę z bezsilności albo złości a M. się miota po domu, żeby na koniec rozczulić się wspaniałością naszych dzieci.
A dzieci?
Oj dają popalić.
Może każde z osobna nie byłyby takie straszne, ale razem. Czasem mam wrażenie, że jestem jak struś pędziwiatr ganiający między Zosią a Filipem, między sypialnią a salonem, między salonem a kuchnią albo w jeszcze innej konfiguracji. O dziwo jednak chwilka ciszy i spokoju wystarcza, żeby zregenerować wystarczająco siły. A problemów troszkę jest.
I tak Zosia ma problemy z brzuszkiem. Jest to najprawdopodobniej spowodowane zbyt dużą ilością pokarmu i dławieniem się, bo jak to mówią, jak nie urok, to przemarsz wojsk. Najpierw mleczka było mało i Zosin płakał, bo się nie najadał, a teraz płacze, bo się nie najada, ale z powodu zbyt dużej ilości mleczka, której nie może połknąć. Krztusi się, denerwuje, odpuszcza ssanie, nie może spać, jest nerwowa, ma gazy itd., itp. Na szczęście nie dzieje się tak zawsze i czasem po jedzonku smacznie zasypia i śpi spokojnie jak aniołek. A ja jestem o wiele mądrzejsza i nie boję się prosić od samego początku o pomoc kogoś, kto się na tym zna.
Fifi natomiast jeść nie chce z własnego wyboru. Obiadki są be. Zwłaszcza te domowej roboty, słoiczki jeszcze przechodzą aczkolwiek też nie zawsze. Już raczej nie dawaliśmy mu kupnego jedzenia, ale mój pobyt w szpitalu i początki w domu postanowiliśmy sobie ułatwić w ten właśnie sposób. No i teraz mamy histerię zawsze w porze obiadu. Czasem przechodzi też na kolację. Nie i koniec, nie ma jedzenia. A ja się pozłoszczę, powkurzam, potem mam wyrzuty sumienia i jak w końcu mały szkodniczek coś zje, to aż mam ochotę go wyprzytulać. Staram się być jednak konsekwentna, ale czasem nie mam już siły do jego "am, am".
I tak jakoś upływa nam ten wspólny czas. Nie napiszę Wam nic o naszym planie dnia, bo dopiero staramy się wypracować sobie jakiś rytm, radzić sobie we trójkę. M. coraz dłużej zostaje w pracy i prędzej czy później wróci zwykła szarość dnia, ale zanim to nastąpi trzeba nam wiele cierpliwości. Czasem brakuje mi tej swobody, którą już sobie wypracowałam z Filipkiem, ale przecież nic nie trwa wiecznie i już niedługo będę mogła tak samo wszędzie zabrać Zosię. Pewnie z dwójką będzie to wymagało więcej kombinacji, ale przecież nie ja pierwsza i nie ostatnia mam dwójkę dzieci i żyję. Jakoś to będzie. A na razie uczę się cieszyć chwilą, bo przy dwójce takich ananasów wszystko jest pewne tylko przez chwilę.