piątek, 19 lutego 2016

Po co mi to było...?

Założyłam tego bloga już dawno temu. Fifi miał 4 miesiące, ja byłam sama, sfrustrowana, zawiedziona sobą,, rodziną, sytuacją. Nie miałam do kogo ust otworzyć, komu się wyżalić, komu wypłakać. Było mi ciężko i musiałam komuś to "wypisać". Tak powstało "Mamusiowo", a potem z czasem, z czasem ewoluowało do "Borsuczkowa". Przyznaję, że na początku sporo było tu marudzenia, żalu czy zniechęcenia do wszystkiego. Teraz trochę się tego wstydzę, niektóre wpisy poznikały z bloga, zostały te naprawdę ważne, z naszymi przełomowymi momentami, ale prawda jest taka, że wtedy tak myślałam i nie mogłam inaczej, nie potrafiłam ukrywać tych negatywnych emocji. Powoli wsiąkałam w ten świat, poznawałam ludzi, ich sposoby na radzenie sobie ze światem, czytałam komentarze, niejednokrotnie krytyczne, zwracające mi uwagę, czasem przez nie czułam się słabo, ale dawały mi do myślenia. Zmieniałam się ja, zmieniał się ten blog, ale przede wszystkim zmieniało się moje podejście do otaczającego mnie świata. Aż sama się sobie dziwię ile optymizmu, ile pozytywnego spojrzenia na rzeczywistość może nam dać coś takiego jak blogowanie.

Skupiałam się na pisaniu o tym, co u nas słychać, co nas otacza, czasem na komentowaniu. Z czasem nauczyłam się omijać w postach innych, pisać tylko o nas, czasem pojawią się dziadkowie czy ktoś z bliskiej rodziny czy przyjaciół, czasem ktoś z blogerów zaplącze się w poście, ciężko tego uniknąć, ale unikam innych, obcych mi osób, nie piszę o nikim personalnie, nie zagłębiam się w życie innych ludzi. Staram się nie krytykować (no, chyba że coś mnie naprawdę wyprowadzi z równowagi, zdenerwuje lub zwyczajnie rozśmieszy albo zadziwi), nie nawiązuję do kontrowersyjnych tematów, choć mam na ich temat swoje, dość stanowcze zdanie. Nawet komentarzy krytycznych nie lubię pisać, bo po co komuś robić przykrość. Zawsze staram się być w porządku. Mam taką głupią cechę, że chciałabym dogodzić wszystkim, nawet tym, którzy nie do końca na to zasługują. Dostaję przez to po tyłku, najczęściej od tych, którzy powinni wspierać, powinni zaciskać kciuki i pchać do przodu, ale cóż, siedzę cicho i tylko w domu, do męża sobie czasem popsioczę. 

Stworzyłam sobie tutaj taki mały świat, w zasadzie nikt z mojego otoczenia nie miał pojęcia, że "Borsuczkowo" istnieje, nie przejmowałam się niczyim zdaniem, bo niby po co, jak nikt tu nie zagląda. Bawiłam się dobrze, spotykałam z innymi, rozwijałam, pojawiały się firmy chętne do współpracy, nowe możliwości, nowe pomysły. Rok temu wpadłam na pomysł na "Borsuczkowy domek...". Trochę go zaniedbywałam, ale cały czas myślałam, zbierałam pomysły, teraz ruszam z nową energią... Mam nadzieję, że starczy jej na długo i coś z tego będzie. Podobnie z blogiem, nowe pomysły, nowe tematy, nowe możliwości. Wiedziałam, że z czasem i rodzina się dowie, starałam się nie mieć sobie wtedy nic do zarzucenia, chciałam, żeby byli ze mnie dumni. Miałam nadzieję, że tak będzie, bo przecież ja jestem. Daję radę, rozciągam dobę do granic możliwości, a ciągle mi mało, ciągle chcę więcej, cały czas coś robię, cały czas mam zajęcie, godzę dzieci z pracą, z hobby, z domem, z chorobą, która daje się we znaki.  Nie jestem idealna, my nie jesteśmy idealni, ale jestem z nas dumna...

Piszecie mi, że mam robić swoje i się nie przejmować, że mam prawo pisać o czym chce i o kim chce. Niby prawda, ale nie chcę tego robić i tego nie robię. Omijam wiele aspektów naszego życia, omijam tematy nieciekawe lub przykre, nie chcę nikomu z bliskich (bądź dalszych) nadepnąć na odcisk, ale jak bardzo bym się nie starała, zawsze znajdzie się ktoś, komu coś się nie spodoba, kto ma zbyt wybujałą fantazję, komu wydaje się, że coś o nas wie. Czasem komentarze bywają bardzo przykre, czasem powodują, że nie śpię i myślę, czasem nie dają mi spokoju, ale na szczęście w większości, nawet te krytyczne, dają mi do myślenia, pozwalają się rozwijać, poprawiać, pracować nad sobą. A te poniżej krytyki? Omijam, staram się nie myśleć, co siedzi w głowie człowieka, kto bezinteresownie miesza drugiego z błotem. Na szczęście jest tak, że w internecie nie można być do końca anonimowym. 
Czasem robię sobie takie zestawienie, za i przeciw, zastanawiam się, po co mi to było, czy warto dostawać po pośladkach, w imię czego, po co. I wiecie co? Ja już nie potrafię się z tego wymiksować, to uzależnia, to wciąga, to staje się stylem życia. Ciągle coś się dzieje, coś nowego, nowe możliwości, nowe miejsca, nowi ludzie. Nikomu nie robię krzywdy, nikomu nie szkodzę, nie mam sobie nic do zarzucenia. Mam nadzieję, że to miejsce będzie coraz lepsze, że kiedyś usłyszę, że robię dobrą robotę, że idę w dobrym kierunku, a na razie posłucham męża i będę robić to co lubię...

PS.
Ale bez Was Kochani, tego miejsca by nie było... Albo byłaby taka narzekalnia, jak na samym początku... I choć nadal nie śpię po nocach, nie mam czasu by zjeść, boli mnie głowa od ciągłych jęków i kwęków, to dzięki Wam widzę to wszystko przez różowe okulary i widzę, że można inaczej...  A że czasem pożalę się na męża? No muszę, muszę, bo inaczej się uduszę i już...

PS2.
Post powstał z potrzeby wygadania się, bo jestem ostatnio w stanie rozbicia... coś w stylu "chciałam dobrze, a wyszło, jak zwykle". I choć wiem, że nie mam się czym przejmować, to jakaś taka zadra w środku siedzi.