piątek, 12 lutego 2016

Zosia i Filip 2016: 5/52, 6/52.

Jak już chyba kiedyś wspominałam, bycie rodzicem to ciągła sinusoida. Raz na górze, raz na dole, raz na wozie, raz pod wozem, raz lepiej, raz gorzej, raz w zdrowiu, raz w chorobie. Ostatnie tygodnie genialnie to obrazują. Biorąc pod uwagę, że był to początek roku, to chyba nie najlepiej nam wróży na resztę tygodni.

Tydzień 5. ...
... rozpoczęliśmy balem karnawałowym. Kolejne wzruszenia, podpatrywanie Filipa w przedszkolnym środowisku, integracja z innymi rodzicami i dziećmi, rozeznanie się, jak Zosia reaguje na inne dzieci. Reszta tygodnia raczej wesoła, bez chorób, może nie do końca wyspanie, ale przyjemnie i na luzie.


Aż nadszedł...

Tydzień 6...
... i gorączka najpierw u Filipa, na drugi dzień poprawa więc wycieczka do dziadków i powrót już z dwójką gorączkującą i przelewającą się przez ręce. Fifi zmęczony i niewyspany zaczął nam bredzić więc przestraszyliśmy się nie na żarty, ale zasnął i troszkę się uspokoiło. W nocy zaś Zosia dostała prawie 40 stopni gorączki. Śpi, ciężko oddycha, a ja czuwam całą noc. W niedzielę wizyta pani doktor, bo dzieciom nic się nie poprawia. Podobno nie jest źle, ale trzeba leczyć i kontrolować. Gdy już wydaje się, że zaczynamy powoli wszystko opanowywać, Zosi zaczyna się uaktywniać ostatnia czwóreczka. Biorąc pod uwagę, że jest osłabiona, ma jeszcze gorączkę więc pewnie i tak czuje się rozbita, reaguje na ten ząbek okropnie, a my cierpimy razem z nią.


 Tak więc tydzień 6 to tydzień bez przedszkola, bez wychodzenia, bez odwiedzin, bez zewnętrznych atrakcji, bez zbędnych internetów, bez spokojnego spania, bez ciszy, ale za to z dziećmi, z całodniową gonitwą, z głową pełną pomysłów, czasem z nerwem, ale też z ogromem troski, czułości, opieki i ciepła.

I tak nadal trwamy w zawieszeniu między zdrowiem a chorobą. Niby jest lepiej, ale strach się z domu wyłonić, żeby nie poprawić.