piątek, 9 października 2015

Do Grecji czy na Mazury? Kiedy, co wybrać?

Plan był taki, na wiosnę Mazury, w lecie jezioro, a na jesieni Grecja albo inne fajne, europejskie miejsce. Jak wiecie Mazury nam się udały pięknie, nad jeziorem też było fajnie, ale co do Grecji zaczęliśmy się niedawno zastanawiać. Długo było gorąco u nas więc baliśmy się planować wyjazd na wrzesień, bo wiem, że pchanie się w upały z dziećmi, to nie jest dobry pomysł. Poza tym, myśleliśmy nad lotem z Lublina. To znacznie ułatwiłoby sprawę, odpadłby dojazd, który z małymi dziećmi jest problematyczny, długie oczekiwanie na odprawę, bo gdy się jedzie z daleka, zazwyczaj zostawia się sobie większy margines i oczywiście problem z zostawieniem samochodu gdzieś niedaleko lotniska. Na szczęście koło lotnisk są parkingi (http://modlinparking.pl/parking/), które już parę razy zdały egzamin znakomicie, ale na ten parking też trzeba dojechać, a z Lublina do Warszawy troszkę się jedzie. Lublin na pierwszy wylot z dwójką wydał nam się znakomity. Ale, ale...

Z Lublina są loty tylko do Turcji i na Kretę. Na Kretę wolelibyśmy polecieć troszkę później, żeby pozwiedzać, ale skoro nie ma innej opcji doszliśmy do wniosku, że to fajny pomysł. Niestety, czarterowe loty z Lublina są tylko do połowy października, a dzieciaki decyzji nie ułatwiały. Fifi przeżywa okres burzy i naporu, strzela fochy o wszystko, na spacerach niejednokrotnie trzeba go ciągnąc powieszonego nad ziemią, dużo płacze, chyba sam nie wie, co się z nim dzieje, często nie chce wychodzić z domu, gdy jeszcze niedawno popołudnie w domu było niemożliwe. Uznaliśmy, że nie będziemy go narażać na niepotrzebny stres. Bo nam się może wydawać, że sprawimy mu tym przyjemność, ale wcale tak nie jest. 
Zosia natomiast jest na etapie przejściowym między leżącym bobasem a chodzącym maluchem. Nie usiedzi już na miejscu, wszędzie jej pełno, wszędzie się wspina, wszędzie pcha nosek, ale ciągle jeszcze froteruje sobą podłogi i trzeba ją nosić. Stwierdziliśmy, że może lepiej poczekać aż zacznie chodzić, będzie bardziej samodzielna. 
A swoją drogą, zagraniczne wakacje troszkę kosztują, po co wydawać tyle pieniędzy na "niepewny gips", jak to mówi M. Dzieci nam dadzą popalić, wrócimy wypompowani, a do tego sami sobie za taką frajdę zapłacimy. Nie ma co. 


No i podjęliśmy wstępną decyzję. Na zagraniczne, lotnicze wczasy wybierzemy się na wiosnę. Zosia będzie wtedy w tym samym wieku, co Fifi, gdy był z nami na Kos. Uciekał nam wtedy, trzeba było go pilnować, ale z dziećmi już tak jest, nigdy nie ma dobrego czasu, a zarazem każdy jest dobry. A może i Fifiasty troszkę się ucywilizuje. Zobaczymy, na razie plan jest. 

Ale żebyśmy nie byli stratni pomyśleliśmy o czymś krajowym. I jak z nieba spadł nam pomysł spotkania blogerskiego na Mazurach. Co prawda ja się nie zakwalifikowałam, ale wstępnie, na wszelki wypadek rozglądałam się za jakimś przyjemnym noclegiem i znalazłam fajne miejsce. Mężowi się tak spodobało, że stwierdził, że nawet bez wyraźnego powodu możemy sobie zrobić małe wakacje.  Hotel ze SPA nawet późną jesienią zda egzamin. Pogoda wtedy jest mniej ważna, atrakcje dla dzieci są zagwarantowane, może nawet i dla rodziców coś się trafi. Jeden minus, że nie da się wziąć dwóch pokoi i będziemy się gnieździć w jednym, ale jakoś damy radę. Gdy byliśmy na Kos z Filipem, czy z dwójką nad Piasecznem, też spaliśmy w jednym pokoju, ale zawsze był taras, na który się ewakuowaliśmy po zaśnięciu dzieciaków. No cóż, damy radę i, jak wszystko dobrze pójdzie, dokładnie w urodziny Szanownego Małżonka, wyruszymy w stronę Mazur, do fajnego, przystosowanego dla rodzin SPA.

Życzcie nam powodzenia, bo już się cieszę na ten wyjazd, już się szykuję i jak coś się nie uda, to będzie mi strasznie smutno...